Harcerski Ośrodek Wodny Harcerski Ośrodek Wodny

baner lewy opp

Informator 2020

baner lewy treminy egzaminow

baner lewy egzamin

Norwegia 2000

Zaczęło się, jak to bywa na pierwszych rejsach w sezonie, od portu macierzystego "Wenedy", czyli Szczecina. Piszący te słowa Bart spotkał się ze swoją załogą w marinie w Szczecinie-Gocławiu w Dzień Dziecka Roku Pańskiego 2000. Załoga przybyła w sile trzech osób (Jeża, Jarka i Rafała). Ostatni, piąty rejsowicz miał się zaokrętować dopiero w Świnoujściu. Na świętowanie Dnia Dziecka nie mieliśmy zbytnio czasu, musieliśmy przygotowywać jacht do długiej, miesięcznej żeglugi. Następnego dnia wyruszyliśmy w drogę do Świnoujścia - część prac można było wykonać podczas płynięcia, ostatnie poprawki zaplanowaliśmy wykonać w Świnoujściu, gdzie też przyjęliśmy na pokład Krzysztofa.

W morze!

Po odebraniu korzystnej prognozy meteo zadecydowano o wyjściu w morze. Więc "Blue Peter" pod saling, ostatni - na wszelki wypadek lekki - posiłek i do GPK. Po odprawieniu się u wszystkich możliwych urzędników, pokazaniu tony dokumentów i wbiciu setek pieczątek oddajemy cumy i wychodzimy z portu. Po minięciu główek portu kurs na Szwecję, na wejście do kanału Falsterbo. Wiatr 5-6 z kierunku W-SW. Po drodze morze, na którym jakby jakieś fale, czy coś takiego... Ale co tam, sam Nelson też chorował! Załoga spisuje się dzielnie, ale w oczach można odczytać pytanie "gdzie do cholery ta Szwecja i czemu jeszcze tak daleko?". Niektórzy już zwątpili w jej istnienie, jednakże po 20 godzinach żeglugi od Świnoujścia znajdujemy się rzeczywiście przed wejściu do Falsterbokanalen.

Prosimy przez UKF o otwarcie mostku nad kanałem, jak zwykle uprzejma i uczynna obsługa mostek nam otwiera, przepływamy na drugą stronę i stajemy w marinie jachtowej Höllviken. Po drodze machamy do szwedzkiego Kustbevakning (Straży Granicznej). Pogranicznicy odmachali i przyszli nas odprawić. Po odprawie zabraliśmy się za klarowanie jachtu i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Kopenhaga

Z Höllviken widać most łączący Szwecję z Danią. Widać też duński brzeg, na którym nasz następny port - Kopenhaga. Zatem wyruszamy na Sund, opływamy sztuczną wyspę Peberholm, nie dajemy się przestraszyć samolotom, które lądując na wyspie Amager chcą nam dotknąć topu masztu i mamy już przed sobą fort Trekroner, broniący wejścia do stolicy Danii. Chcemy w Kopenhadze stanąć tam, gdzie jeszcze nie staliśmy i wpływamy do centrum miasta, do Christianshavn. Zajmujemy ostatnie wolne miejsce, klarujemy jacht, siebie i wyruszamy na miasto. Kopenhaga - cóż, ten kto był wie, że to jedno z najpiękniejszych miast, a tym co nie byli można tylko poradzić, żeby udali się tam jak najszybciej.

Wyspa spokoju

Kopenhaga piękne miasto, ale czas ruszać dalej. Wypływamy późnym wieczorem, za portem jesteśmy w nocy. "Jak się ściemni to się rozjaśni!" - załoga przyzwyczaja się do pływania wśród świateł, w sektorach i nabieżnikach. Odkrywam wielce zastanawiający zapis I oficera w dzienniku jachtowym, który stwierdził i tamże własnoręcznie podpisał, iż przed wyjściem z portu "Pobrano do pełna wodę". Hmmm...

Po minięciu Middlegrund Fort odbieramy prognozę meteo, w której informują nas o szybko postępującym załamaniu pogody - wiatr NW 7. W takim razie podejmujemy decyzję o odwiedzeniu wyspy Ven. Mając do wyboru trzy porty wybieramy ten, który najlepiej nas ochroni od wiatru - Bäckviken. Okazało się to być trafnym wyborem - był to port najwygodniejszy. Ciekawostką portu był gdzieś idący kabel z wtyczką wetkniętą do gniazdka na nabrzeżu. Na wtyczce prośba szwedzkiego Urzędu Morskiego o nierozłączanie, gdyż po rozłączeniu przestanie świecić... latarnia morska umieszczona na główce portu. Faktycznie, kabel prowadził do tegoż światła...

Po Kopenhadze z jej wielkomiejską atmosferą, spokojna i senna wyspa Ven dała nam odetchnąć. Ven obeszliśmy dookoła w kilka godzin - okazało się, że właśnie tam żył i pracował w XVI wieku Tycho de Brahe, resztki jego domu można obejrzeć i dzisiaj. Spokojne szwedzkie malutkie miejscowości i zielone wzgórza sprawiały, że jakoś wcale nie chciało nam się nigdzie dalej płynąć.

Nasze North-West Passage

Następnego dnia wieczorem wiatr słabnie i powoli się odkręca. Odbieramy korzystną prognozę pogody i decydujemy się na wyjście kolejnego dnia rano. Jak zadecydowaliśmy, tak też zrobiliśmy, rano wychodzimy z doskonale osłoniętego Bäckviken i dostajemy zaraz po nosie - NW 5. Ale co tam, idziemy. Nasz cel - wyjście z Sundu na Kategatt przez wąziutkie gardło pomiędzy Helsingørem a Helsingborgiem. Na początku jeszcze jakoś idziemy, potem prawie stoimy - dodatkowo mamy przeciw sobie jeszcze silny prąd wpychający wody Kategattu na Sund. Ale coż - na Ven wracać nie chcemy, a wejście do Helsingøru i tak wiązałoby się z wypracowaniem pozycji "powyżej". Chcą nas rozjechać statki i kilka promów, które nie wiedzieć czemu, chyba nam na złość, kursują pomiędzy obydwoma miastami.

Kabel po kablu, mila po mili w końcu przechodzimy i powoli odchodzimy od najsilniejszego prądu. Nareszcie widzimy, że "Weneda" płynie! Mijamy półwysep Kullen i wchodzimy na Kategatt.

Kattegat, czyli sztil

Przed Kullen wiatr wreszcie odkręca na SW i słabnie. Stawiamy żagle i płyniemy. Naszym celem jest Göteborg. Wiatr słabnie do 3 stopni, potem do 2, wreszcie do zera. Stoimy. Gdzie te W-SW 4-5 z prognozy? Trudno, znowu uruchamiamy silnik i jedziemy pilnie wypatrując jakichś podmuchów wiatru. Ale nic z tego - do samego Göteborga cisza. Jedziemy wzdłuż szwedzkiego wybrzeża powoli zbliżając się do szkierów. Nawigacja jest dość łatwa ze względu na doskonałe oznakowanie wybrzeża.

Göteborg

Podejście do Göteborga to znowu szkoła nawigacji dla załogi, przyzwyczajenie do dziesiątek mniejszych i większych skałek wokół szlaku żeglownego. Nawigujemy uważnie - nie możemy się bać takiego wybrzeża, planujemy dojść tak aż do Oslo! Göteborg wita nas ogromną mariną na przedmieściach. Ale my chcemy dojść do samego miasta - przechodzimy pod mostem i stajemy w pierwszej marinie za mostem. Okazuje się, że nie jest to zbyt trafny wybór - jest to przystań ściśle prywatna, przeznaczona dla old-timerów, miejska jest nieco dalej. Ale właściciel jest w bardzo przyjacielskim nastroju i pozwala nam stać przez dwa dni. Rewanżujemy się "Żywcem", jak powszechnie wiadomo, bardzo cenionym w kręgach skandynawskich żeglarzy. Towarzystwo starych statków żaglowych bardzo nam się podoba, właściciel też jest sympatycznym człowiekiem, wpisujemy się do "Gåstboku" - księgi gości jego portu.

Marstrand - Lato!

Nie nadużywamy gościnności gospodarza przystani w Göteborgu - zwiedzamy miasto i przed upłynięciem ustalonego czasu wypływamy w dalszą podróż - do Marstrandu. Wreszcie jest pogoda taka jaką chcemy - słońce i "czwóreczka" z odpowiedniej strony. Atlas wybrzeża na górę i jazda! Jak się okazało później po raz ostatni dane nam było oglądać szkiery w słońcu. Pogoda i weekend wygoniły jachty z portów i szlaki zakwitły żaglami. Wąziutkie przejścia, dziesiątki wysp i wysepek czynią żeglugę bardzo spokojną - zapominamy co to zafalowanie. Po drodze spotykamy fokę, raczej nie zdziwioną naszą obecnością. Przed samym Marstrandem zrzucamy żagle wchodzimy pięknym przejściem między skałami i stajemy w porcie uchodzącym za stolicę szwedzkiego żeglarstwa.

Zostajemy w Marstrandzie cały następny dzień - jest co oglądać. Przejeżdżamy promem na wyspę z zamkiem i obchodzimy całą. Na wyspie musi być jakiś ciek wodny albo pole bioenergetyczne, bo widząc trawę pod zamkiem zaczynamy się zachowywać dość hm, dziwnie. Powiem tylko, że bardzo musieliśmy się potem z tej trawy otrzepywać, a co poniektórzy byli nieco poobijani. Wracamy na nasz brzeg i zdobywamy kolejne skałki, za każdą jest następna jeszcze wyższa, na którą trzeba wejść. W ferworze zdobywania skałek gubimy jednego z nas, który po intensywnej akcji poszukiwawczej... znajduje się sam wielce zdziwiony tym, że ktoś go w ogóle szuka :-).

A po lecie - jesień

Nic co dobre nie trwa wiecznie, takoż i nam lato kończy się po dwóch dniach. Już pod wieczór zachód słońca nie wygląda dobrze, a meteo mówi o wietrze W 5-6. Niemniej jednak rano wychodzimy z Mastrandu mając nadzieje, że zdążymy przed silnym wiatrem. Nic z tego! Po wyjściu z portu spokojne jeszcze wczoraj morze przywitało nas dwumetrową falą w wąziutkim przejściu. Załoga przypomina sobie co to jest zafalowanie, pod pokładem wszystkie potencjalnie latające rzeczy są chowane w miejscach, z których nic ich nie ruszy. A jednak niektóre dalej latają, latać pod pokładem nawet próbuje jeden załogant. Używamy wyrazów słabo cytowalnych, stawiamy żagle i jedziemy. Płyniemy w pasie szkierów w kierunku półncnym. Widząc fale załamujące się nad skałami rozsianymi przed Marstrandem już wiemy dlaczego nazywają się "Pater Noster". Odbieramy prognoze meteo z ostrzezeniem sztormowym, więc szukamy najbliższego portu. Wybór pada na Skärhamn. Wpadamy do portu razem z tężejącym wiatrem, cumujemy i... czekamy na zmianę pogody.

Zwariowana jazda

Pogoda poprawić się nie chce, idzie niż za niżem, jedyna nasza szansa to odkręcenia kierunku wiatru. Po dwóch dniach czekania mamy wiatr SW 7. I raniutko wychodzimy. Wiatr silny, zafalowanie w wąskich przejściach bardzo małe, na odsłoniętych wodach duże. Bywają miejsca zupełnie od wiatru osłonięte, gdzie nasza łódka ledwo płynie jeden-dwa węzły. Ale z momentem wyjścia zza skały wiatr uderza z całą swoją "siódemkową" mocą. Powolutku przekręca się na W-NW, więc chcemy zapłynąć najdalej, jak się da. Widoczność dzięki Bogu dobra, bo nawigacja jest trudna ze względu na coraz słabsze oznakowanie nawigacyjne. Niekiedy przejścia są w ogóle nieoznakowane, trzeba się bardzo pilnować. Spotykamy tylko kilka jachtów po drodze i jedną fokę, tym razem wyraźnie nami zdegustowaną i zbulwersowaną naszą obecnością. Wiatr przekręcił się już prawie na NW, żegluga jest coraz trudniejsza, wchodzimy do portu Grebbestad. I tak tego dnia przepłynęliśmy ponad 100 mil.

Grebbestad

To chyba już fiordy nie szkiery, bo skały wyższe, groźniejsze, a i głębokości potrafią na torze przekroczyć 200 metrów. To nie Dziwnów ani Świnoujście. Czekamy na zmianę pogody - meteo obiecuje, że wietrzysko wreszcie skręci sobie kark i się uspokoi. Ponawiamy nasze wyprawy skałkowe - tutaj wymagają dobrej kondycji, a miejscami nawet odwagi i braku lęku przestrzeni. Potwierdza się, że Skandynawowie to praktyczny naród - na wierzchołek skałki, którą zdobywaliśmy godzinę po pionowych ścianach prowadzi z drugiej strony wygodna ścieżka ze schodkami :-). Ale nic to!

Port najwyraźniej dopiero przygotowuje się do sezonu - remonty w toku. Poznajemy pannę bosman portu - Szwedkę jednogłośnie nazwaną przez nas Pippi Langstrumpf. W Grebbestad nie tylko my czekamy na zmianę pogody - zaprzyjaźniamy się z sympatycznym Norwegiem - panem Eldarem. Wreszcie pogoda normalnieje na tyle, że można wyruszać w dalszą podróż. Eldar dostaje od nas banderkę, a my od niego dużo praktycznych informacji i zaproszenie do siebie w drodze powrotnej.

Oslofjord i Oslo

Wiatr przechodzi do N 3-4, więc idziemy w morze. Uzbrojeni w świeże siły oraz wskazówki i pomoce Eldara stawiamy sobie za cel Oslo. Wychodzimy na wieczór, więc nawigujemy ze zdwojoną uwagą. Jednak tu noc trwa tylko dwie-trzy godziny, szybko robi się jasno. Wchodzimy do Oslofjord, jeszcze 55 mil przed nami. Powoli wiatr słabnie, do Oslo już wchodzimy razem z wiatrem z południa. Szukamy wolnego miejsca, okazuje się, że wcale nie jest to łatwe. Stajemy i przestawiamy się dwa razy, wreszcie stoimy. Oslo zdobyte! Klarujemy jacht i wieczorem wychodzimy pooglądać "Oslo by night", które - przynajmniej mnie - przypada bardzo do gustu.

Następnego dnia idziemy obejrzeć "Frama" - statek na którym żeglowali Nansen i Amundsen, zobaczyć statek "Gjøa" - zdobywcę North-West Passage, zwiedzić norweskie Sjøfartmuseet - Muzeum Żeglugi. Potem jeszcze raz do centrum, a na samym końcu do parku Vigelanda. W sumie dało to kilkunastokilometrową wycieczkę, po której jesteśmy raczej solidnie zmęczeni.

Powrót - do Skagen

W Oslo nie mamy (jak zwykle) dobrej pogody - niż przyniósł ze sobą deszcz, a później zamglenia. Przy wyjściu z portu bosman przeprasza nas za deszcz i zapewnia, że w Norwegii nie pada stale, tylko czasami i zaprasza nas ponownie, gdy będzie świecić słońce... Ale cóż zamglenia zamgleniami, a wracać trzeba. W połowie Oslofjordu zamglenia przechodzą w regularną, gęstą mgłę i tylko trzeba wierzyć w radary statków, które słyszymy we mgle. Służbowa trąbka jest na deku, jakby co się nie daj Boże miało stać, ale wszyscy wiemy, że to raczej instrument ozdobny. UKF włączona, gdyby nas ktoś wołał. Planowany port docelowy to Vallø, w którym byliśmy umówieni ze znajomym Norwegiem, ale decyzję o wejściu uzależniamy od widoczności przed portem. Troszeczkę rzeczywiście przejaśniało, więc powolutku, znak po znaku, wchodzimy. Dowiedzieliśmy się po rozmowie telefonicznej, że znajomego nie ma, a będzie grubo później. Powód - mgła, która panowała od Skagerraku po Kilonię, Świnoujście i Bornholm. Trudno. Zostajemy na noc.

Rano - wiatry słabe z kierunków hm, hm, zmiennych, trochę rozpędziły mgłę, więc wychodzimy w morze. Z wiatrem gonitwa - stawiamy żagle, zrzucamy, silnik, stawiamy, zrzucamy i tak w koło. Coś tam powiewa, zastanawiamy się czy wejść do Skagen, czy iść dalej? Nagle pęka fał grota, pozbawiając nas dylematów co do Skagen. Próbujemy wejść najkrótszą drogą, ale próba kończy się niepowodzeniem - natrafiamy na nakładające się silne prądy - naturalny Skagerraku i powodowany wiatrem SW i ukształtowaniem brzegu pod Skagen Kategattu. Odchodzimy od brzegu, nabieramy wysokości, ponawiamy próbę i sukces - wchodzimy!

Skagen okazuje się być ładnym miasteczkiem wartym dłuższego zwiedzenia. Dokonujemy koniecznych napraw i w miasto. Tylko ta pogoda! Deszcz, deszcz, deszcz... Spotykamy w porcie jacht warszawskich harcerzy "Alefant", który wybiera się w kierunku Oslofjord. Wieczorem urządzamy spotkanie załóg, miło po trzech tygodniach spotkać polski jacht. Meteo nie pozwala na dłuższy pobyt w Skagen, mamy przepowiedziane półtorej doby wiatru NW, od "trójki", wzrastający "siódemki".

Pod mostami

Cóż, trzeba ruszać - więc ruszamy, chcemy przepłynąć Kategatt, wpłynąć na Wielki Bełt, wejść do cieśniny zwanej z niemiecka Smålandsfahrwasser i zaczepić się w jakimś porcie dobrym do skoku przez Bałtyk. Płyniemy, z początku na silniku, potem łapiemy wiatr w żagle, które ciągną nas coraz szybciej. Przychodzi zapowiadana "siódemka", ale pociesza nas fakt, że przynajmniej z dobrej strony. Po kilkunastu godzinach wchodzimy na Samsø Belt i nawigacja musi stać się ostrożniejsza. Wiatr pcha nas w ekspresowym tempie, jesteśmy na Wielkim Bełcie i po niedługim czasie przechodzimy pod wielkim mostem spinającym Zelandię ze stałym lądem. Teraz najważniejsza sprawa - wypatrzeć wejście do naszej cieśniny. Wejście jest słabo widoczne, ale pomaga nam duży statek idący wolno przed nami :-).

Wchodzimy w przejście, fale przestają być uciążliwe, nabieramy prędkości i jedziemy prawie fordewindem. W międzyczasie przychodzą ostrzeżenia sztormowe - trzeba się spieszyć do portu. W cieśninie mamy przejść pod dwoma następnymi mostami i przechodzimy. Za ostatnim mostem jest port Stubbekøbing oznakowany dość hm, problematycznie. Wchodzimy z pewnym niepokojem, ale bez problemu.

Czas do domu, czas!

Czas nas goni, więc wyczekujemy aż sztorm przejdzie. Port jest doskonale osłonięty przed falami, ale nie przed wiatrem. Na drugi dzień wiatr słabnie, rano wychodzimy. Żegluga jest spokojna i równa, miejscami nawet nieśmiało prześwieca słońce - dawno go nie widzieliśmy. Przed wieczorem jesteśmy na torze podejściowym do Stralsundu. Używamy wszelkich dostępnych środków, by "Weneda" szła szybko, mamy w planie jeszcze dzisiaj niemieckie piwo. Przed portem jesteśmy koło dziesiątej, ale czeka nas jeszcze drobiazgowa kontrola niemieckich celników, a później jeszcze i pograniczników. I wreszcie do miasta. Odnajdujemy przybytek pod nazwą po prostu "Hafenkneipe" i zakotwiczamy.

Rano wychodzimy na pierwsze otwarcie mostu o pogańskiej godzinie 0520. Wiatr nareszcie sprzyjający więc stawiamy żagle i płyniemy. Przechodzimy przez Strelasund, przepływamy Boddengewässer, opływamy Ruden, Greifswalder Oie i przyjmujemy kurs na widoczne z daleka Świnoujście. Przed główkami portu stawiamy pod saling cztery banderki: niemiecką, norweską, duńską i szwedzką. Jeszcze odprawa graniczna i stajemy przy nabrzeżu Władysława IV. Tam wywołujemy popłoch u bosmanów prosząc o fakturę VAT za opłatę portową :-). Klarujemy jacht, wieczorem kolacja kapitańska, a rano zdanie jachtu następnej załodze. Na pożegnanie Świnoujście traktuje nas deszczem, ale nie robi to na nas wrażenia, przyzwyczailiśmy się...

Zobacz galerię