... zdecydowanie inny niż poprzedzające go dwa obozy. Pierwszą zauważalną różnicą była liczba uczestników, którzy przybyli do nas pierwszego dnia. W sumie 19 osób, w tym 5 osób z wachty stażowej, co stanowiło połowę przeciętnej liczby kursantów mieszkających na polance podczas poprzednich obóz. Po drugie, pogoda wreszcie zlitowała się nad nami i słońce praktycznie nas nie opuszczało, więc warunki atmosferyczne jak najbardziej sprzyjały nabywaniu porajskiej opalenizny. Ponadto, wszyscy instruktorzy sprawdzili się w nowych rolach, dh Agatka i dh Pan Maciek Bolek jako instruktorzy kursu, dh Grześ jako instruktor wachty stażowej oraz ja (dh Ola) jako KWŻ kursu.
Pierwsze godziny za nami, a już cały obóz w komplecie. Gotowi na nowe przygody i poznanie tajników żeglarstwa, wszyscy w napięciu czekali na pierwsze zajęcia na wodzie. Kilka zasad bezpieczeństwa i gotowi by chwycić wiosła, a wszystko po to by już za chwilę postawić żagle. Mówiąc chwila nikt nie przypuszczał, że potrwała ona troszkę dłużej. Mnóstwo tańców i zabaw wywołujących słoneczną pogodę, kilka zabobonów prowokujących wiatr i błagania jungów sprawiły, że w końcu również i żeglarsko zaczęliśmy nasz obóz. Odkąd tylko złapaliśmy wiatr w żagle chęć nieustannego żeglarstwa stawała się coraz większa. To właśnie doprowadziło nas do wycieczki na drugą stronę zalewu w poszukiwaniu skarbu, który ze smakiem sporządziliśmy na ognisku.
Jak tylko pierwsze podmuchy wiatru musnęły nasze twarze, rozpoczęliśmy prawie trzytygodniową wspólną, żeglarską przygodę. Każdego dnia odchodząc i podchodząc do kei odważnie pracowaliśmy na cumach, wkrótce luzowanie i wybieranie szotów również nie sprawiało nam żadnych problemów. Niestety, pogoda nie zawsze nas rozpieszczała. Kiedy warunki nam nie sprzyjały znajdywaliśmy mnóstwo alternatywnych zajęć, rozwijających naszego żeglarskiego ducha bądź tężyznę fizyczną. Odkrywaliśmy na nowo historie piratów, poznawaliśmy morskie legendy i przesądy, zaznajamialiśmy się z tubylcami z wyspy Robinsona czy nawet tworzyliśmy swój własny ocean.


