Harcerski Ośrodek Wodny Harcerski Ośrodek Wodny

baner lewy opp

Informator 2020

baner lewy treminy egzaminow

baner lewy egzamin

Szkocko - angielskie pływanie

Wszystko zaczęło się już wieczorem 5 sierpnia w Poraju. Większość załogi tj. Maćko, Anna, Radek i Igor stawiła się w ośrodku by następnego dnia skoro świt wyruszyć w podróż na lotnisko w Balicach. O poranku skorzystaliśmy z uprzejmości dh. Zbyszka który zaoferował się, że zabierze nas w pierwszą wyprawę tego rejsu czyli w podróż do portu lotniczego Balice. Po dotarciu na miejsce spotkaliśmy się z naszym II oficerem Kariną która to wręczyła nam pakunki z naszą dobrą, polską wędlinką - bo takiej w Anglii brak. No i trzeba było rozwiązać problem logistyczny jak tu do 20kg bagażu zapakować jeszcze 1,5kg, ale tak by dalej było max 20kg... Nie da się?

Pewnie, że się da i jesteśmy tego doskonałym przykładem ?. Po odprawie i zajęciu miejsc w samolociku rozpoczęliśmy naszą podróż do Edynburga... Nad kanałem la Manche z radością zauważyliśmy, że te straszne, wielkie, niedobre tankowce z wysokości 8000m nad poziomem morza wyglądają jak malutkie ziarenka i tak całkiem niegroźnie. Niestety trzeba było wrócić na ziemię...

I jak tu się teraz dostać z lotniska do mariny? Wygrała taksówka! Pan kierowca pewnie wiózł nas do portu jachtowego. Niestety jak się później okazało nie do tego który sobie wymarzyliśmy... Co począć, trzeba było wziąć bagaże na plecy i pomaszerować jakieś 2km na drugą stronę niewielkiej zatoki by wreszcie spotkać się z Wenedą. Już na miejscu czas na rozpakowanie i pora wyruszyć w poszukiwanie sklepu i na zakupy. Po jakimś czasie naszym oczom ukazało się dość znane logo sklepu Lidl - rozsądne ceny przyciągnęły załogę do robienia zakupów... miły akcentem było: "dzień dobry!" usłyszane przy kasie... Obładowani reklamówkami i plecakami pełnymi jedzonka wróciliśmy na jacht. Po zaształowaniu zakupów wzięliśmy się do roboty i już po krótkim czasie wszyscy byli ekspertami jeśli chodzi o alarmy jachtowe, obsługę instalacji i takielunku jachtowego. Odbyły się też zajęcia rozrywkowo-sportowe czyli, jak tu przejść po pokładzie będąc stale wpięty przynajmniej jednym z wąsów szelek asekuracyjnych...

Następnego dnia nadszedł czas by w końcu wyruszyć w upragnione morze... Na pokładzie dało się wyczuć narastające podekscytowanie. Na szczęście morze było dla nas łaskawe i Weneda na genui 33 i pełnym grocie śmiało pruła fale. Nowe wilki morskie zaczęły uczyć się zasad jakimi rządzi się jacht morski i morze. Pierwszy zadaniem, wydawało by się banalnie prostym, było trzymanie kursu - a to ci wredne fale ciągle spychały nas z kursu ?. Trzeba było szybko wdrożyć się w system wacht i życia na pokładzie, gdyż zbliżał się pierwszy nocny przelot...

Wczesnym rankiem, wręcz w środku nocy jak by to określili niektórzy, bo już koło 5rano zacumowaliśmy w Aberdeen w jednym z basenów portu rybackiego - tylko tam było miejsce, pływająca keja, przeznaczone dla jachtów. Niestety okazało się, że na kei jak i w całym porcie nie ma możliwości podpięcia jachtu do prądu i uzupełnienia zapasu słodkiej wody. Idąc dalej ubikacje są tylko w dużej hali targu rybnego no i nie ma prysznicy! I tu po raz pierwszy doświadczyliśmy uprzejmości Szkotów. Otóż Panowie z obsługi targu udostępnili nam swój służbowy prysznic - dziękujemy! A totalnym szokiem było to, że koło godziny 16 jeden z Panów wręcz przyszedł zapytać czy już może go zamknąć bo w sumie to wybrał by się do domku.

Samo Aberdeen okazało się być sporym miasteczkiem z ciekawym starym miastem no i pięknym parkiem w samym centrum. Naszą uwagę przyciągnęło muzeum marynistyczne... niestety okazało się że będzie otwarte dopiero następnego dnia więc wyruszyliśmy w poszukiwanie innych ciekawych miejsc. Kolejnego dnia o poranku wybraliśmy się do już wspomnianego muzeum. Warto było poczekać , gdyż samo muzeum oprócz części marynistycznej ma bogatą część poświęconą wydobyciu ropy naftowej - od modeli platform wiertniczych po makiety pomieszczeń platform w skali 1 do 1. Wszystko co dobre szybko się kończy, ale kto powiedział , że nie może być czegoś lepszego... po południu wybraliśmy się znów obcować z morzem. Tym razem ruta wyznaczona przez waypointy prowadziła do Peterhead.

Wczesnym rankiem a w zasadzie jeszcze w nocy bo koło godziny 3 dotarliśmy do fairway boy toru podejściowego do Peterhead. Wywołanie na kanale 14VHF i miły Pan oznajmił, że możemy wchodzić za kutrem który mamy właśnie na sterburcie. No i jeszcze dostaliśmy szczegółowe instrukcje jak podchodzić , na co uważać i gdzie to ta marina się znajduje. Po udanym podejściu jeszcze jedno wywołanie Peterhead Harbor - trzeba było podziękować za asystę i życzyć miłego dnia... po drzemce i pobudce o trochę bardziej ludzkiej godzinie tzn. koło 10 okazało się niestety, że pada i w cale nie zamierza przestać. W planach było zwiedzanie ruin zamku "niedaleko" miasta - "niedaleko" bo jak poinformował nas kolejny miły Szkot do zamku trzeba by się wybrać dwoma autobusami a i tak w taką pogodę niewiele zobaczymy i że lepiej połazić po mieście i wypić kawę w barze. Stwierdziliśmy, że człowiek dobrze mówi i wybraliśmy się na spacer po miasteczku... pogoda wybitnie nie sprzyjała, więc na pocieszenie w drodze powrotnej zafundowaliśmy sobie lody...

Następnego dnia pożegnaliśmy się z Peterhead Harbor a na do widzenia usłyszeliśmy w UKF'ce życzenia przyjemnej żeglugi. Tym razem morze przywitało nas słońcem, wiatrem z 4-5 N czyli idealnie z kierunku w którym chcieliśmy żeglować i 2m falą - co prawda już oceaniczną czyli dość długą ale o sporej wysokości. Młodzi adepci sztuki żeglarskiej szybko musieli przyswoić sobie nową umiejętność żeglowania na bajdewindowej fali... Błogą ciszę przerwał okrzyk: "Człowiek za burtą!" - skipper razem z I oficerem postanowili przeprowadzić serię ćwiczebnych podejść do człowieka tak co by załoga zobaczyła jak to się robi na morskim jachcie i przy wysokiej fali. No właśnie fale - dzięki nim Anna dostała czekoladę - obejmując tym samym zaszczytną funkcję prezesa - kto był na morzu wie o co chodzi, kto nie był... Hmm... musi popłynąć żeby sprawdzić czy na prezesa się nadaje.

Już standardowe wejście w środku nocy tym razem do Macduff. Przywitał nas życzliwy Watchmen portu. Pomógł zacumować i pokazał gdzie różne dziwne rzeczy w marinie się znajdują. Zgadnijcie gdzie znajdował się jedyny prysznic w marinie... Bingo! W hali targu rybnego! Dodatkowo Radek zapytał jaki będzie stan wody w marinie - pytanie w sumie retoryczne bo przed wejście skrupulatnie policzyliśmy, że będziemy mieli 1,5m zapasu. Watchmen radośnie zapytał czy widzimy kuter stojący po drugiej stronie basenu portowego bo właśnie wczoraj przy odpływie stał na dnie... Nie muszę mówić, że przez następną godzinę skrupulatnie i kilkakrotnie liczyć i sprawdzać wyliczenia - za każdym razem wychodziło 1,5m zapasu. Niestety i tak trzeba było wstawać co 40minut żeby luzować cumy bo na syzygijnym pływie jaki nam się trafił w Macduff skok wody wynosił 5,4m. Rzeczywisty stan wody na low water na szczęście sprawdził się z naszymi kilkakrotnymi wyliczeniami.

Samo Macduff to małe miasteczko rybackie położone na niewielkim wzgórzu. Po wdrapaniu się na sam szczyt z radością odkryliśmy plac zabaw - nie musze mówić, że od razu przetestowaliśmy jego dziwne sprzęty... W dalszej wędrówce po miasteczku znaleźliśmy jeszcze mały kościółek położony na kolejnym wzniesieniu i kilka monumentów upamiętniających marynarzy i rybaków którzy zginęli na morzu. Po obiadku zdecydowaliśmy się ruszyć w dalszą żeglarską drogę. Tym razem już w kierunku naszego rejsowego celu czyli Londynu...

Kolejnym portem do którego chcieliśmy zawinąć miało być Dundee. Miało być, jednak okazało się, że port jest zamknięty z niewyjaśnionych przyczyn a jedyny bezpieczny dla Wenedy port w tym mieście miał być dostępny tylko 3h przed high water i 3h po niej - na podejściu byliśmy godzinę po HW. Miasto obejrzeliśmy więc z pokładu Wenedy i ruszyliśmy w dalszą drogę z powrotem do Edynburga... W stolicy Szkocji zacumowaliśmy w już znanej nam marinie w Granton. Rano ujrzeliśmy kolejne cuda związane z pływami a zwłaszcza z tym szczególnym syzygijnym. Na własne oczy przekonaliśmy się dlaczego tak ważna jest perfekcyjna nawigacja na pływach. Jedynym miejscem w całej marinie w którym była woda to pogłębiony kanał przy pływającej kei - tej samej przy której staliśmy. Reszta mariny zamieniła się w błotną kałużę.

Tym razem zwiedzając Edynburg wybraliśmy się na całodzienną wyprawę po starym mieście. Odwiedziliśmy a w zasadzie chcieliśmy odwiedzić zamek - przed południem odbiliśmy się od masakrycznie długiej kolejki a po południu uprzejmy kasjer oznajmił, że nie dość że bilet kosztuje 14funtów to zamykają za 45minut a na zwiedzanie potrzeba minimum 3h i w tym wypadku nie poleca wejścia. Oprócz zamku przeszliśmy się Królewską Milą- deptak przez stare miasto przy którym zlokalizowane są największe zabytki Edynburga, zwiedziliśmy katedrę, dom założyciela Edynburga i mnóstwo innych ciekawych miejsc... z tkalnią materiałów na kilty włącznie. A wieczorem oddaliśmy cumy i pożeglowaliśmy w odwiedziny do kpt. Mamerta Stankiewicza czyli do Hartlepool...

Żeby tradycji stało się zadość do Hartlepool wchodziliśmy bladym świtem. W UKF-ce przywitał nas miły damski głos i pozwolenie na wejście. W samym miasteczku znaleźliśmy muzeum miasta i coś w rodzaju skansenu z okrętem Trincomalee jako główną atrakcją - wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że historia podana w takiej formie z pewnością zainteresuje i zafascynuje każdego! W skansenie można było zwiedzić budynki urządzone w stylu XIX wieku - między innymi portową knajpę, dom kapitana Trincomalee, różnego rodzaju sklepy. Znaleźliśmy się też samym środku inscenizacji przedstawiającej życie na pokładzie okrętu wojennego i bitwy morskiej. Znaleźliśmy też mnóstwo atrakcji dla dzieci - nie trzeba chyba nikomu mówić, że nie omieszkaliśmy z nich skorzystać. No a na sam koniec wybraliśmy się na zwiedzanie samego Trincomalee. Trzeba przyznać - robi wrażenie. No i daje do myślenia kiedy uzmysłowi się sobie w jakich warunkach musieli żyć i walczyć marynarze w tamtym okresie. Po tej lekcji historii ruszyliśmy w poszukiwania "Znaczy Kapitana". Po drodze spróbowaliśmy tradycyjnej angielskiej ryby z frytkami - strasznie tłuste to było. Po uzupełnieniu sił odnaleźliśmy miejsce spoczynku kpt. Stankiewicza - no bo trzeba odświeżać pamięć i odwiedzać tak wybitnych Polaków w tak różnych miejscach świata,nie?!

O poranku dnia następnego znaleźliśmy się w śluzie portowej i ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem dopadła nas kompletna wiatrowa cisza i niestety trzeba było się przeprosić z silnikiem i przyzwyczaić do jego miarowego klekotu... Na szczęście po kilku godzina zaczęło znowu wiać. Co prawda z bejdewindu, ale i tak cieszyliśmy się ciszą żeglowania pod żaglami. Po drodze mieliśmy okazję obejrzeć kilka platform wiertniczych i kilkanaście mijających nas olbrzymich statków. No nareszcie mieliśmy okazję minąć i pozdrowić inny jacht na środku morza.

Standardowo już jak dla nas kolejny poranek w główkach kolejnego portu. Tym razem było to Lowestoft. Po przebudzeniu odwiedził nas celnik. Wyraźnie zadziwiony tak młodym wiekiem załogi i skippera i tak dużą odległością od domu. Niestety nie zastał na pokładzie Ani , która właśnie poszła pod prysznic. Zauważając niepełnoletność Anny stwierdził, że musi z nią porozmawiać i upewnić się czy aby nie wywieźliśmy jej z Polski bez zgody rodziców i czy aby na pewno wszystko z nią ok. - tak jakbyśmy jej co złego robili... na szczęście uśmiechnięta mordka Ani rozwiała jego wszystkie wątpliwości a na odchodne usłyszeliśmy życzenia pomyślnej żeglugi. W samej marinie mieliśmy okazję zwiedzić kuter rybacki - taka praca to ciężki i niebezpieczny kawałek chleba. Wędrując dalej po mieście dotarliśmy do muzeum marynistycznego w którym miły starszy Pan opowiedział nam o życiu rybaków i samych połowach i wyjaśnił, że obecnie rybołówstwo przybrzeżne w Anglii już nie istnieje, że kiedyś w tych wszystkich portach które mijaliśmy było mnóstwo kutrów i kuterków, ale niestety ławice ryb zostały wyłowione i samo rybołówstwo przybrzeżne upadło. W dalszej części muzeum mieliśmy okazję poznać historię samego Lowestoft i historię ratownictwa brzegowego - odpowiedzialna, ryzykowna i niebezpieczna praca.

Po wyjściu z Lowestoft w Seiwie wyznaczyliśmy kurs do Londynu. Wiatr dalej nie sprzyjał wiejąc akurat z kierunku w którym chcieliśmy żeglować. W takich warunkach niestety kiedy już dotarliśmy do delty Tamizy musieliśmy wspomóc się silnikiem. W wąskim kanale toru podejściowego do właściwej Tamizy niestety nie dało się bezpiecznie halsować. Na samej rzece na szczęście dało się postawić żagle i pobawić robiąc raz za razem szybkie zwroty. Po dłuższej chwili halsowania na szczęście wiatr troszkę odkręcił i udało się dalszą drogę pokonać w ostrym bejdewindzie bądź półwietrze. Milę przed barierą przeciwpowodziową grzecznie zgłosiliśmy się do London VTS , po raz ostatni w tym rejsie zrzuciliśmy żagle i uruchomiliśmy silnik. Sam Londyn widziany z wody zrobił na nas ogromne wrażenie. Ostatni odcinek Tamizy pokonaliśmy już po zmroku co dodatkowo spotęgowało to odczucie. Marina Limehause jak wyczytaliśmy w Almanachu miała być otwarta 3h przed HW czyli koło 2330. Przed mariną byliśmy troszkę za wcześnie bo koło 2245. Jednak stwierdziliśmy, że i tak zgłosimy na kanale 14UKF swoje przybycie i chęć wejścia do Limehause. Jakież było nasze zdziwienie kiedy w odpowiedzi usłyszeliśmy, że marina otwierana jest tylko od 0800 do 1800?! Ale nie zostaliśmy zostawieni bez opieki. Pan z obsługi Limehouse powiedział, że postara się znaleźć dla nas miejsce gdzieś indziej i że mam zostać na nasłuchu na 14. Jakież było nasze zdziwienie kiedy w następnym wywołaniu usłyszeliśmy, że właśnie otwiera dla nas śluzę i zaprasza do środka! Razem z małą barką zacumowaliśmy w śluzie a po całej operacji zostaliśmy miło przywitani przez obsługę mariny która dokładnie wyjaśniła nam gdzie mamy zacumować - to się nazywa gościnność!

Rano poszliśmy dowiedzieć się o szczegóły naszego postoju. Pani w biurze mariny stwierdziła, że w sumie to miejsca są zarezerwowane ale, że postara się dla nas coś znaleźć na następne dni i jeżeli nie będzie nam przeszkadzać to, że czasem będziemy musieli się przestawiać na akurat wolne miejsca to bardzo chętnie nas ugości w Limehause Marina. Nie pozostało nam więc nic innego jak zabrać się za wstępne sprzątanie jachtu po którym wybraliśmy się zwiedzać Londyn. Pierwszą atrakcją stały się podróże metrem. Tym właśnie środkiem lokomocji poruszaliśmy się po całym Londynie. Pierwszego dnia na celownik poszły: Hyde Park, muzeum historii naturalnej i muzeum nauki i techniki... Jeśli chodzi o to pierwsze: sam budynek robi piorunujące wrażenie a jego zawartość zbija z nóg! Spokojnie można by tam spędzić ze 2 dni wcale się przy tym nie nudząc! Ilość i różnorodność zbiorów i wystaw przeogromna! Podobnie w muzeum nauki i techniki: pełen przekrój techniczny i historyczny naszej planety. Od motoryzacji przez lotnictwo, żeglugę kończąc na wyprawach kosmicznych. Na te dwa muzea można przeznaczyć spokojnie ze 3-4 dni! Niestety my mieliśmy tylko jeden dzień. Po muzealnych wrażeniach wybraliśmy się na nocny spacer po Londynie a w szczególności zależało nam na pałacu Buckingham, Big Benie i London Eye - jeden i drugi budynek przepięknie oświetlone. Ich widok w zupełności wynagrodził panujące warunki atmosferyczne tzn. uporczywy deszcz. W drodze powrotnej zafundowaliśmy sobie lody na zakończenie pełnego wrażeń dnia. A tak w ogóle spożywanie lodów to była nasza częsta forma relaksu na tym rejsie.

Drugiego dnia wybraliśmy się do Greenwich. Niestety słynny Cutty Sark do 2011 roku będzie remontowany i musieliśmy się zadowolić świadomością jego bliskości. Następnym punktem wycieczki był Uniwersytet Greenwich - tu mogliśmy podziwiać piękne budynki uniwersytetu jak również muzeum poświęcone historii Greenwich. Kolejnym punktem było muzeum marynistyczne nieopodal uniwersytetu. W jego wnętrzu zgromadzono mnóstwo eksponatów związanych z wodą i żeglarstwem. Począwszy od modeli statków i żaglowców przez wystawy pokazujące największe wyprawy morskie, różnego rodzaju łódki, motorówki i jachty a kończąc na instrumentach nawigacyjnych i wyposażeniu stołowym statków pasażerskich. Nie zabrakło tu również części zabawowej dla dzieci w której to można było np. pobawić się telegrafem, postrzelać z działa czy pobawić się w operatora dźwigu okrętowego - niestety wszystkie te atrakcje okupowane były przez tabuny dzieciaków i pod czujnym okiem obsługi muzeum więc nie mieliśmy szans z nich skorzystać. Będąc w Greenwich nie mogliśmy przepuścić okazji by stanąć na południku 0. Szybko wdrapaliśmy się na wzgórze na którym stoi obserwatorium. Obowiązkowo zrobiliśmy sobie zdjęcie na sławetnym południku i zwiedziliśmy przyległe do obserwatorium muzea w których można było zobaczyć różnego rodzaju instrumenty astronomiczne i nawigacyjne jak również dowiedzieć się sporo rzeczy o otaczającym nas wszechświecie. Na koniec w ramach relaksu nasz II oficer zafundował nam pyszną kawkę po której udaliśmy się w stronę metra którym to dojechaliśmy w okolice Tower Bridge. Sam most robi wrażenie swoimi rozmiarami. Po jego zbadaniu wybraliśmy się na spacer wzdłuż Tamizy i dotarliśmy tym razem za dnia z powrotem do Big Bena - w słonku również wygląda imponująco. Po wielkim Benie zawędrowaliśmy pod katedrę Świętego Pawła - budynek imponujących kształtów i rozmiaru. I na sam koniec dnia dotarliśmy na Trafalgar Square gdzie mogliśmy oglądać pięknie oświetloną kolumnę Nelsona i budynek National Gallery.

Ostatni dzień w Londynie upłynął na sprzątaniu, pucowaniu i suszeniu jachtu. Niestety angielska pogoda dała nam się we znaki - raz piękne niebieskie niebo i słońce a raz chmury i deszcz. Samo suszenie żagli zajęło nam 2/3 dnia i rozłożone było na miliony prób między deszcze. Późnym popołudniem na szczęście udało się wszystko ogarnąć i można było zasiąść do kolacji kapitańskiej. Ostatni wieczór i noc na jachcie spędziliśmy w miłej, zabawnej atmosferze a co się działo... zachowamy to dla siebie... Powiem tylko tyle ze na sen zostało 20 minut choć nie bardzo nam się chciało w ogóle iść spać. No ale niestety trzeba było się zbierać przed 4 żeby na 8 zdążyć dojechać na lotnisko. I tak skończyliśmy nasza przygodę angielsko-szkocką. Trójka "świeżaków" poznała smak morza a skipper i I oficer niewątpliwie wyszli bogatsi w nowe umiejętności i doświadczenia... Myślę, że wszyscy żałowali, że w końcu musieliśmy się pożegnać z jachtem, morzem i rozstać się wracając do szarej rzeczywistości i codzienności. Miło było i pozostała nadzieja, że jeszcze kiedyś spotkamy się na jakimś pokładzie...

Zobacz galerię