Harcerski Ośrodek Wodny Harcerski Ośrodek Wodny

baner lewy opp

Informator 2020

baner lewy treminy egzaminow

baner lewy egzamin

Powrót do bajkowej krainy

Powrót w fińskie szkiery obiecałem sobie już od razu po pierwszym rejsie w to miejsce. To chyba najpiękniejszy rejon Bałtyku. Robi nawet większe wrażenie niż tak reklamowane norweskie fiordy Morza Północnego. Mnóstwo malowniczych wysepek, niby podobnych, a jednak różniących się tak bardzo od siebie; maleńkie mariny, częstokroć składające się wyłącznie z pomostu, sauny i...budki z serduszkiem; a wokół morze i nieskażona przyroda.

Na tę wyprawę wyruszyliśmy samotrzeć, Piotrek, Hans-Christoph i autor niniejszej relacji. Tak, tak podejrzenia są słuszne – Hans-Christoph jest Niemcem, mieszkańcem Heidelbergu. Językiem urzędowym na jachcie był wprawdzie polski, jednak załoga porozumiewała się po niemiecku, gdyż nasz Heidelberczyk nie posługuje się mową Kochanowskiego i Mickiewicza. Najtrudniejsze były początki i ustalenie jednolitej terminologii żeglarskiej (bez kilku neologizmów nie obyło się, oczywiście :-)). Ale po kolei...

Po długiej, siedemnastogodzinnej podróży porajskim transportowcem przejęliśmy "Wenedę" od Szefa – Bartka. No i zaczęło się: tradycyjne sztauowanie, zapoznanie załogi z jachtem, zasadami bezpieczeństwa i środkami ratunkowymi oraz przypomnienie obsługi urządzeń elektronicznych. Potem część turystyczna, czyli poznawanie hanzeatyckiego Tallina, cechującego się ciekawymi eksperymentami architektonicznymi, oraz integracja z naszymi fińskimi sąsiadami z mariny olimpijskiej.

Wreszcie, jeszcze przed wschodem słońca, oddajemy cumy i ruszamy w stronę stolicy Finlandii. Posejdon, Helios i Eol sprzyjają wyprawie. I tak pozostanie już praktycznie do końca rejsu.

W Helsinkach cumujemy w marinie najstarszego klubu żeglarskiego w Finlandii, czyli jest niekoniecznie najtaniej, ale za to z odpowiednimi manierami: "biało-czerwona" - znak naszej obecności - pojawia się na klubowym maszcie. Poza tym w cenie mamy piękny widok na miasto i typową fińską saunę, czyli koedukacyjną i bez zimnego tuszu – za to ze schodami wiodącymi wprost do morza, czyli do "ołszyn". Miasto na pewno jest warte obejrzenia – nie tylko port, targ i obie górujące nad okolicą świątynie, ale także dzielnice peryferyjne. Rzuca się w oczy – zwłaszcza na tle Tallina czy Sztokholmu – że Helsinki są miastem stosunkowo młodym. Czasem też napotkać można ślady wpływów "starszego brata" ze wschodu.

W białą noc kierujemy na zachód. Bogowie nadal sprzyjają; prognozy też korzystne, zatem decydujemy się na żeglugę pod genakerem. Jest to nasze pierwsze spotkanie z tym ogromnym żaglem, jednak konsultacje z "bazą" okazały się owocne: udało nam się postawić (prawidłowo :-)) genakera, pożeglować na nim około dziesięciu godzin i wreszcie szczęśliwie zrzucić go przed portem docelowym – Hanko.

Hanko jako miasteczko głównie letniskowe było wyludnione, gdyż zawitaliśmy tam jeszcze przed rozpoczęciem właściwego sezonu żeglarskiego. Na tle dość skromnego centrum podziw budzą ogromne, lecz gustowne wille-pensjonaty położone na południowo-wschodnich obrzeżach miasta.

Opuszczamy Hanko i zanurzamy się w krainę szkierów, dopytując się miejscowych o jak najmniejsze i najbardziej malownicze szlaki i przystanie. Trasa została celowo tak zaplanowana, byśmy mieli czas na spokojne dotarcie do tych wszystkich miejsc i nacieszenie się nimi. W ten sposób składamy wizytę rodzinę Ericssonów na Gullkronie, która raczy nas świeżo uwędzonymi, jeszcze gorącymi rybami, zawijamy do Nagu oraz odwiedzamy niezwykle urokliwe Aspö, gdzie robimy niezliczone ilości zdjęć.

Największe jednak wrażenie to pobyt na wyspie Brunskär, która od siedmiu pokoleń znajduje się we władaniu rodu emerytowanej nauczycielki. Dzięki temu, że pomogliśmy naszej gospodyni uruchomić agregat prądotwórczy (najbliższa linia elektryczna znajduje się w odległości trzydziestu kilometrów!) i naprawić pompę wody, wieczorem mogliśmy skorzystać z tradycyjnej, opalanej drewnem sauny, a na śniadanie raczyliśmy się ciepłymi bułeczkami i wędzonymi rybkami.

Po wyspie Brunskär był jeszcze malowniczy Kökar z rowerowymi wycieczkami, krótki postój w Degerby, do którego płynęliśmy najwęższym chyba i najpłytszym szlakiem na świecie, nocleg w ekologicznym Rödhamn, z pierwszym podczas tego rejsu deszczem, aż wreszcie zakończyliśmy naszą szkierową włóczęgę w stolicy Wysp Alandzkich – Mariehamn.

Stamtąd ostrym bajdewindem, przy wietrze ok. 5° B, który wreszcie wyłonił "prezesa", skierowaliśmy się przez Furusund ku Sztokholmowi. W marinie Vasahamnen dokonaliśmy gruntownego sprzątania i jeszcze zostało trochę czasu, by zwiedzić Vasamuseet oraz pospacerować nocą po mieście, które emanuje zarówno stołecznym charakterem, jak i wielowiekową tradycjami.

Ostatnim akcentem naszej wyprawy było pożegnanie szkierów (tym razem już szwedzkich) z okna samolotu powracającego do Polski.

Rejs był naprawdę udany. Nie niezwykle, lecz tradycyjnie, bo praktycznie wszystkie moje podróże na pokładzie "Wenedy" takie były. Decydujące znaczenie dla oceny każdego rejsu ma atmosfera w załodze, a ta była podczas naszej wyprawy rewelacyjna. Cel, jaki sobie założyłem został zrealizowany z nawiązką. Nie wykluczam jednak, że kiedyś tam jeszcze wrócę. Jeśli wrażenia załogi są zbieżne z moimi, a mam taką nadzieję, to może w tym samym składzie.